Słodki likier o silnym smaku i zapachu anyżku. Zwykle jest bezbarwny, ale zdarza się też w tzw. kolorach syropowych - ciepłych, gęstych i intensywnych w odcieniu.

Oryginalnie, alkohol ten produkuje się we Francji i w Stanach Zjednoczonych. Za granicą Polski mówi się, że ów trunek uwodzi słodyczą likieru oraz goryczą roślin selerowatych (z ich olejku produkuje się anyżówkę). Czy „filtr” taki może być – tak naprawdę – nieszkodliwy, przekonali się ci, którzy traktując anyżówkę jako łagodny „syropek”, wypili jej zdecydowanie za dużo… Nie jest to silny specyfik, ale zdecydowanie oddziałujący na organizm. Można go też stosować w drugą stronę – jako środek na orzeźwienie, np. po przebytym wstrząsie, po przyswojeniu za dużej ilości kofeiny, po przemarznięciu.
Anyżówka nieco przypomina ouzo, raki, patis, arak lub sambuki. Nie jest jednak aż tak silna w działaniu, bo – w odróżnieniu od swych, bogatych w promile kuzynów - zawiera nie więcej niż 25% objętości alkoholu. Uleganie impulsom i chęć wzmocnienia anyżówki większą ilością spirytusu kończy się zniszczeniem ziołowego posmaku napoju. Nie warto więc eksperymentować i zbyt daleko odchodzić od klasycznego przepisu na ten sprawdzony, francuski wynalazek.
Ostatnio, za sprawą portalu Twitter, popularność zyskała jedna z receptur tworzenia własnej anyżówki: internauci zalecali, by anyż zalać spirytusem, odstawić (nie do lodówki!) na jeden dzień w zacienione miejsce, a następnie wymieszać z przyrumienionym (na złoto) na patelni cukrem. Papkę można rozcieńczyć dwiema szklankami przegotowanej wody i ponownie pozwolić, by cała kompozycja się „przegryzła” smakowo – składnikowo. Taka „anyżóweczka” najlepiej smakuje po tygodniu leżakowania!
Czasami, oryginalnie produkowana anyżówka występuje w wersji z aromatyczną miętą, kolendrą oraz z migdałami i… koprem. Ma wówczas działanie lecznicze i pod postacią jednego kieliszka, dodanego do herbaty czy wody z cytryną, może być podawana osobom przeziębionym, pragnącym wygrzać chorobę.